Zmarł Chester Bennington, wokalista Linkin Park

21.07.2017 Muzyka Autor: Łucja Stachura

Wczoraj zmarł Chester Bennington, współzałożyciel i wokalista kultowego zespołu Linkin Park. Zaszokowani tą stratą, poczytajmy trochę o jego życiu i twórczości. Okazuje się, że talent i tragedia zbyt często idą w parze.

zmarł chester, wokalista lp

Wschodząca gwiazda rocka

Chester urodził się w 1976 roku w mieście Phoenix w stanie Arizona. Muzyką interesował się od najmłodszych lat i już w wieku 14 lat założył swój pierwszy zespół o nazwie Grey Daze. Jak łatwo się domyślić, była to twórczość typowo garażowa, lecz grupa nagrała aż dwie płyty, co dało początek późniejszym działaniom wokalisty. W 1999 roku dołączył do powstającego zespołu Linkin Park, choć w międzyczasie był także członkiem kapel Dead by Sunrise oraz Out of Ashes. W 2000 roku grupa Linkin Park nagrała płytę o nazwie Hybrid Theory, która została dobrze przyjęta na rynku muzycznym, lecz nie wywołała większej furory. To udało się następnej płycie o nazwie Meteora, która ukazała się przełomem. Mimo że zespół nagrywał muzykę rockową (z lekką mieszanką elektroniki i rapu), ich piosenki puszczały wszystkie stacje radiowe i telewizyjne, także nastawione typowo na pop i komercję. Od tego czasu, Linkin Park nagrała następne pięć albumów studyjnych i niezliczona ilość singli.

Sam Chester śpiewał w wielu duetach (Z Jay’em- Z, Stevem Aokim), nagrał także przewodnią piosenkę do jednej z części filmów Transformers. Czarował publikę głosem - potrafił wydzierać się niczym wokalista heavy- metalowy, a także śpiewać trudne utwory w wersji akustycznej. Gdy na jednym z koncertów grupy, w 2011 roku zaśpiewał piosenkę Adele, “Rolling in the deep” fani oszaleli, a nagranie pobiło Youtuba. Niejeden raz zaskakiwał.

chester bennington

Chester Bennington i ciemna strona mocy

Mimo tak spektakularnego sukcesu, życie Chestera nie było usłane różami. Wiele z jego przejmujących piosenek było tak naprawdę próbą dosłownego wykrzyczenia własnego bólu - bowiem w dzieciństwie, przez siedem lat doświadczał molestowania seksualnego. Gdy na scenie śpiewał “I need a little room to breathe, 'cause I'm one step closer to the edge, and I'm about to break” (potrzebuję choć małego pokoju żeby złapać oddech, bo jestem o krok od krawędzi i mogę się złamać), śpiewał o sobie. W obliczu jego wczorajszej śmierci te słowa (i niemal każdej innej piosenki) brzmią przerażająco.

Koniec pewnej epoki

Rankiem, 20 lipca bieżącego roku, Chester Bennington został znaleziony martwy w swoim domu w Kaliforni. Samobójstwo przez powieszenie. Miał jedynie 41 i osierocił szóstkę dzieci. Chester od wielu lat zmagał się z depresją, miewał także przygody z narkotykami. Wszyscy o tym wiedzieliśmy, podobnie jak o jego traumatycznym dzieciństwie, a jednak jesteśmy zdziwieni, słysząc o jego śmierci. Pozornie miał wszystko - sławę, rodzinę, pieniądze i rzesze oddanych fanów. Nie odnalazł w tym jednak ukojenia ani spokoju.

Bez Chestera Benningtona muzyka rozrywkowa  nie będzie już taka sama. Tej straty szybko nie odżałujemy.