Podwójne standardy

24.10.2013 Emocje Autor: ASz
chłopiecGry komputerowe właściwie od samego początku swojego istnienia traktowane były jako przysłowiowi „chłopcy do bicia”. Nie ma w tym nic dziwnego. W końcu podobnie rzecz się miała z filmami, kiedy na początku XX wieku nazywano jeszcze ruchomymi obrazami. „Jarmarczne widowisko” – to jedno z łagodniejszych określeń. I chociaż obecnie kino powszechnie uznawane jest za sztukę (słynne określenie „X muza”) to ciągle jeszcze pokutuje przekonanie, że filmy akcji, sci-fi, horrory i thrillery prowokują do morderstw i powodują degrengoladę moralną młodzieży. Według tej samej „żelaznej logiki” wszelkiej maści moralistów wszystkie bez wyjątku gry pełne są seksu, narkotyków, przemocy itd. Biedne dzieci, które naoglądają się tych bezeceństw, nasiąkają nimi i potem mordują, ćpają i uprawiają wolny seks. Niestety – dla moralistów – i na szczęście – dla miłośników wirtualnej rozrywki – taka prosta zależność nie istnieje. Szkoda tylko, że ta łopatologiczna logika ciągle jeszcze pojawia się w recenzjach, wywiadach i artykułach, które ukazują się w mediach tzw. mainstreamowych. Nie tak dawno, redaktor Olaf Szewczyk, w minirecenzji gry GTA V oburzał się na łamach „Polityki” na twórców, że zmuszają go do torturowania, rękami jednego z bohaterów gry, niewinnego człowieka. Warto zacytować ostatni ustęp recenzji: „Nic się nie stało, bo to produkt dla dorosłych? To jaka atrakcja czeka nas w „GTA VI”? Udział w pedofilskim gwałcie na oczach bezsilnych, skrępowanych rodziców ofiary? Warsztatowo mam świetną grę, ale przy ocenie w takich sytuacjach trzeba stosować inne kryteria niż beznamiętne szkiełko i oko.” I dlatego redaktor Szewczyk wystawia grze najniższą z możliwych ocenę („jedynkę” w sześciopunktowej skali). Oczywiście nie chciałbym bronić studia Rockstar, które scenę tortur zaprojektowało prawdopodobnie tylko po to, aby wzbudzić sensację i poprzez „święte oburzenie” moralistów zwiększyć sprzedaż (w końcu te 266 mln dolarów wpakowane w produkt muszą się zwrócić). Jak widać po reakcji recenzenta (i wynikach sprzedaży GTA V) – taktyka bardzo skuteczna…

trevor

Zastanawia mnie tylko, czy redaktor Szewczyk „inne kryteria niż beznamiętne szkiełko i oko” – czyli kryteria etyczno-moralne – stosuje także wobec książek i filmów? Czy takie same „jedynki” stawia więc np. filmom Quentina Tarantino, Michaela Haneke, książkom noblistki Herty Müller i Patricka Süskind? W końcu w filmach obu reżyserów pełno jest przemocy, a w powieściach wymienionych autorów pojawiają się szczegółowe, naturalistyczne (wręcz fizjologiczne) opisy, które mogą zniesmaczyć co wrażliwsze gusta. Widz podczas seansu „Funny Games” i czytelnik podczas lektury „Pachnidła” jest w takim samym stopniu „zmuszany” do brania udziału w akcji filmu/powieści, jak podczas grania w GTA. Moje zestawienie jest oczywiście prowokacyjne (i hiperboliczne), ale chcę pokazać, że redaktor Szewczyk nie widzi zasadniczego podobieństwa między medium książki, filmu i gry wideo. A przecież opierają się one na tym samym: narracji i odgrywaniu – „wczuwaniu się” widza/czytelnika/gracza w świat przedstawiony. Tak, jak czytelnik i widz nie ma żadnego wpływu na fabułę książki/filmu, tak samo gracz nie może zmieniać fabuły gry (a może jedynie – jeśli da mu taką możliwość programista – wybierać spośród kilku ścieżek, czy też kilku światów możliwych wymyślonych przez scenarzystę gry). Nawet „wczuwanie” w świat przedstawiony nie jest znów tak różne w tych trzech mediach, bo zabieg ten prawie zawsze opiera się na kreacji protagonisty. Na dobrą sprawę jedyna różnica polega na tym, że z bohaterem gry (nazywanym awatarem) łatwiej się utożsamić, bo, choć na pierwszy rzut oka może się to wydać paradoksalne, jest on bardziej… namacalny i konkretny. Ale już sam rozwój fabuły opiera się znowu na tym samym – na czynnościach manualnych widza/czytelnika/gracza. Widz musi oglądać film (i kliknąć w przycisk „play/stop”), czytelnik musi czytać książkę (i przewracać kartki), wreszcie gracz musi zagrać (czyli czytać/oglądać/klikać/rzadziej mówić). Jedyna różnica polega na skali; gra zazwyczaj (warto podkreślić: zazwyczaj) wymaga większej aktywności od odbiorcy niż książka i film. Dlaczego więc przykładać (jeśli już musimy oceniać) do tych trzech mediów różne miarki? Dlaczego kategorie etyczne mają być decydujące w przypadku gier wideo, a pozostałe media oceniać według kategorii estetycznych? Nb. zresztą sam recenzent nie jest zbyt konsekwentny w swoich ocenach, ponieważ grę „The Walking Dead” ocenił lepiej i nawet się nie żachnął, że w jednym z epizodów gracz musi wybrać: albo odrąbie siekierą nogę pewnemu dzieciakowi, albo świadomie zostawi go na „pożarcie” przez zombie…

zombie

Lepiej po prostu samemu zagrać i przekonać się, czy naprawdę diabeł taki straszny, jak go malują. Sklepy internetowe, takie jak Gram.pl, Joker Games lub Origin, oferują bardzo ciekawe promocje. Warto samemu przekonać się czy GTA V warte jest swojej ceny, a jeśli nie podoba się nam linia fabularna… wcale nie musimy za nią podążać – przecież ogromny, otwarty świat to znak rozpoznawczy tej kontrowersyjnej serii. Źródła ilustracji: neolink.pl, realgamernewz.com, rpgfan.com