"O północy w Warszawie"

17.07.2013 Filmy i seriale Autor: ASz
SkamandryciWyobraź sobie – zadymioną, duszną, ciasną knajpkę prawie nad ranem; ludzie poubierani jakoś staroświecko. Już prawie nikt ze sobą nie rozmawia, każdy dogorywa przy swoim stoliku. Pewnie najchętniej wróciłbyś do domu? A gdybym powiedziała, że tutaj właśnie Salvador Dali we własnej osobie zacznie Ci zaraz opowiadać o nosorożcach z fantastyczną, obłędną pasją w oczach? – że Cole Porter zacznie podśpiewywać przy fortepianie, Scott Fitzgerald przedstawi Ci swoją żonę – Zeldę, zjawiskowa kochanka Pabla Picassa będzie Cię uwodzić wzrokiem, a Ernest Hemingway zaprosi Cię na szklaneczkę whisky, no… może dwie albo góra osiemnaście! Założę się, że byś został! Wszystko to przytrafiło się bohaterowi jednego z najnowszych filmów (do jednego z jego najstarszych scenariuszy) Woody’ego Allena. Film ma niesamowity urok w stylu reżysera. Opowiada o neurotycznym, niespełnionym artyście-pisarzu, który jedzie ze swoją zaborczą narzeczoną do Paryża i marzy, żeby się przenieść w najbardziej inspirujący jego zdaniem czas dla tego miejsca, co zresztą za pomocą odpicowanego Peugeota mu się udaje! Pomysł stary jak świat, ale jakże trafny! Chyba każdy z nas choć raz w życiu zamarzył, żeby żyć w innej epoce. Moim zdaniem lata 20-ste to świetny wybór. Nie tylko jednak Paryż był pasjonującym miastem w tamtym czasie. Gwarantuję, że w Warszawie okresu międzywojnia też nikt się nie nudził. A można było jeszcze od czasu do czasu wpadać do Krakowa! LOKALE I KABARETY W STOLICY Mając do dyspozycji dzień w przedwojennej Warszawie na kolację proponowałabym pójść do restauracji „U Wróbla” na słynne śledzie z wódką i flaki po warszawsku – do stolika z takim menu na pewno przysiadłby się Boy-Żeleński. Na tańce można by skręcić w ulicę Moniuszki. Tamtejsza „Adria” dysponowała salą taneczną na 1500 osób, obrotowym parkietem i dwoma barami. Jeśli jednak byś tam poszedł, musiałbyś się liczyć z tym, że najprawdopodobniej spotkałbyś pijanego w sztok i kołyszącego się na parkiecie wokół wianuszka roześmianych kobiet generała i poetę Wieniawę-Długoszewskiego – jedną z najbarwniejszych postaci sfer politycznych tamtego czasu. Ogólnie wojskowi miewali prywatnie bardzo ciekawe przygody. Do garnizonów na Kresach zostawali przeniesieni na przykład na nagie przejażdżki po mieście. wystawa futurystówCzego jeszcze nie można by ominąć będąc w Warszawie w latach 20-stych? Kabaretu! Obowiązkowo! Liczyło się wtedy zaledwie kilka nazwisk, ale za to jakich – Tuwim, Słonimski, Hemar, Włast. Tuwim zresztą był oryginałem chyba w każdej dziedzinie życia, bo jak inaczej można określić człowieka, który jako dziecko interesował się pirotechniką i o mało nie wysadził swojego domu; hodował węże i zajmował się magią i demonologią; kolekcjonował teksty osób chorych psychiczne na własne neologizmy i potrafił liczyć do 10 w 200 językach? Ponadto, niezbyt dobrze znosił rasistowską i mało konstruktywną krytykę, bo po usłyszeniu takowej „autor grzecznie ale stanowczo upraszał liczne zastępy bliźnich, aby go w dupę pocałowali”. Najsłynniejszymi kabaretami wtedy byli „Qui Pro Quo”, „Banda” i „Cyrulik Warszawski – ludzie wydawali dosłownie majątki, by obejrzeć ich spektakle. Na scenach warszawskich występowali też: Ordonka, Bodo, Chór Dana z Foggiem na czele czy tancerka Loda Halama! Wśród mniej wybrednej publiczności, złaknionej piór, boa, świecidełek i innych błyskotek, furorę robiły teatry rewiowe, wzorowane na „Moulin Rouge”. JAK SIĘ BAWIĆ TO PO KRÓLEWSKU! Bawić to się umieli bywalcy przyjęć organizowanych przez Mościckiego na Zamku Królewskim. Ze wspomnień jednego z gości wynika, że eleganccy goście zamieniali w zwierzęta, rzucając się rarytasy kulinarne i trunki, od których uginał się stół. Nie miałabym nic przeciwko odwiedzeniu takiej imprezy, tym bardziej że zdarzały się tam ekscesy nie do powtórzenia. Moglibyśmy na przykład przypadkowo być świadkami jak Bohdan Pniewski – autor przebudowy pałacu Bruhla, zamierzał wznieść toast na cześć ministra Becka wzorem Lubomirskiego z Potopu, czyli rozbijając kielich o własną głową. Miało być podniośle, a wyszło mu to jednak dość niezdarnie i skończyło się interwencją lekarską. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości organizowano zabawy taneczne jeszcze według dziewiętnastowiecznej tradycji, czyli np. panowie zapisywali się na kolejne tańce w karnecikach pań. Dziewczyny! Wyobraźcie sobie, że w Waszym zapisuje się przybyły z wizytą Witkacy i nie macie pojęcia, czy on podczas tańca wpadnie w depresje, zaproponuje Wam absynt czy zaprosi na seans spirytystyczny! Zresztą te maratony tańca – bostony, shimmy i inne stepy, mogły naprawdę dać do wiwatu. Odnotowano nawet przypadek zgonu, kiedy pięćdziesięcioletni generał odprowadzał młodziutką partnerkę po ognistym mazurze i padł w apopleksji na ziemię. Tak na marginesie to wielu zazdrościło mu tej śmierci! Można by było też podziwiać wygłupy za dnia poważnych ludzi. Do historii przeszła wersja tango „en Pologne” z przytupem, hołupcami i tragiczną miną - według Caballero – posła argentyńskiego. MODA MIĘDZYWOJNIA 20-lecie międzywojenne to fenomenalny okres tak niesamowicie bujnego życia literackiego, którego nigdy wcześniej i nigdy później nie było w kulturze polskiej. Ludzie zachłysnęli się nowoczesnością, zgiełkiem miasta, szybkością samochodów. Po raz pierwszy zderzyliśmy się ze zjawiskiem masowości! Artyści wyszli na ulice, chcieli być poetami dnia codziennego i zwykłych ludzi. Ekspresja ich rozpierała. Zachwycali się światem, chorowali na manie manifestów, z upodobaniem karykaturalizowali otoczenie. Byli po prostu młodymi zapaleńcami, którzy sądzili, że sztuka może zmienić świat. Ta epoka miała swoje upodobania i fetysze, ulubione gry, zabawy, knajpy i trunki. Na przykład dosłownie wszyscy i wszędzie grali w brydża. W parkach, kawiarniach, kanajpach i przystankach tramwajowych królowały karty. Przyznaj się czy nie przysiadłbyś się chętnie do skamandrytów w „Pod pikadorem” na partyjkę? Przecież na pewno szukali kogoś do pary! Inną przedziwną modą międzywojnia była popularność seansów spirytystycznych. Dosłownie wszyscy chodzili na wieczorki z szarlatanami, powodującymi lewitację różnych przedmiotów i materializowanie się duchów! Słynnym wtedy jasnowidzem był Stefan Ossowiecki, trudniący się odczytywaniem nieotwartych listów i znajdywaniem zagubionych przedmiotów. W seansach uczestniczyli Reymont, Żeromski i Przybyszewski! Ja wolałabym jednak pójść na taki seansik w towarzystwie odpowiednio humorystycznie nastawionego do wydarzenia Boya-Żeleńskiego, który jako jedyny potrafił trzeźwo wytłumaczyć nadrealizm zjawiska nadmiarem wódki! Boy-Żeleński zresztą uczestniczył chyba we wszystkich dla nas kontrowersyjnych zabawach, takich jak pojedynki pistoletowe na przykład, które jednak pozostali uczestnicy traktowali śmiertelnie (często dosłownie śmiertelnie) poważnie! Niejeden człowiek „honoru” pod wpływem procentów decydował się na rzucenie rękawicy i nie każdy miał takie szczęście jak pewien oficer, który tylko zemdlał z bólu, dostawszy kulą w mosiężny guzik przy rozporku spodni! „OD ŚMIECHU DUSZA TYJE I DOSTAJE SILNE GRUBE ŁYDY!” - to mój ulubiony cytat z manifestu futurystów „Prymiści do narodów świata i do Polski” autorstwa Anatola Sterna i Aleksandra Wata. W 20-leciu międzywojennym Warszawie wszyscy go znali! Futuryści i artyści awangardowi dosłownie opanowali stolicę. Przechadzając się ulicą musisz się liczyć z tym, że dostaniesz w twarz ulotkami rzucanymi z okna rozpędzonego samochodu, z hasłami typu: „wolność bez reguł – spalić biblioteki”, „Precz z intelektualistami”. Najśmieszniejsze jest to, że właśnie najwięksi intelektualiści epoki nimi rzucali. Oczywiście każda z grup literackich miała swoje ulubione knajpy i kawiarnie, które dzięki nim przeszły do historii. Odwiedzić je jednak w czasie ich największej prosperity to dopiero gratka. Wpadając do kawiarni artystycznej Tadeusza Raabe „Pod Picadorem”, która znajdowała się przy ulicy Nowy Świat, musielibyśmy przejść przez sklep gastronomiczny Kubina. W środku jednak najpewniej spotkalibyśmy same sławy - skamandrytów we własnych osobach: Tuwima, Lechonia, Iwaszkiewicza, Wierzyńskiego, Słonimskiego. Oprócz „wielkiej piątki” mogliby się tam też znaleźć przyjaźniący się z nimi tzw. poeci-satelici, np. Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czy Jan Brzechwa. Drugą kawiarnią w której często przebywali była „Ziemiańska”. Mieli tam swój własny stolik zwany „górką”, przy którym niechybnie rozegrali niejedną partyjkę brydża. W lokalu organizowano różne eventy. Jako goście, moglibyśmy zapoznać się z żartobliwym cennikiem usług artystów, sformułowanym przez Tuwima. Znajdowały się tam między innymi takie punkty:
  • zwyczajna rozmowa (3-5 minut), z prawem podania ręki – 50 marek (…)
  • ofiarowanie przeczytanego utworu – 75 marek (…)
  • propozycje matrymonialne – tylko w czwartki (…)
Uwaga 1. Poeta Tuwim podobnych zgłoszeń nie przyjmuje. Uwaga 2. Do pozostałych poetów mogą się zgłaszać tylko interesantki posiadające przeszło 75000 marek posagu (bez różnicy płci, narodowości i wyznania). W „Ziemiańskiej” moglibyśmy być też świadkiem malarskich wyczynów Wacława Borowskiego – genialnego scenografa i grafika, który uwiecznił wnętrze kawiarni. Żeby poznać kilku krakowskich futurystów trzeba byłoby wpaść do miasta smoka wawelskiego, do klubów „Pod Katarynką” albo „Gałki Muszkatołowej”. Trafilibyśmy może akurat na wyprzedaż rupieci, gdzie można byłoby kupić przestarzałe tradycje i fetysze czy świeże mumie mickiewiczów i słowackich. Futuryści – Młodożeniec, Jasieński i Czyżewski organizowali tam krzykliwe happeningi, poezowieczory, które często kończyły się interwencją policji. Ich dewizą była dobra zabawa i prowokacja. [caption id="attachment_207" align="alignleft" width="300"]malarstwo Leona Chwistka malarstwo Leona Chwistka[/caption] Ja natomiast najbardziej chciałabym zobaczyć pewien słynny happening na rynku głównym w Krakowie, w którym Anatol Stern, przepasany jedynie muślinową opaską, recytował tłumowi swój wiersz „Nagi człowiek w śródmieściu”, dwaj inni prawie nadzy futuryści ciągnęli furmankę z fortepianem, na którym grał kolejny golas. Plotka głosi, że woźnicą był sam Julian Tuwin. Co Wy na to, żeby zobaczyć to na własne oczy i sprawdzić, ile prawdy jest w tej plotce? Na razie jednak trzeba się zadowolić fikcją filmową, a jeśli cierpicie na jej niedostatek, zajrzyjcie na stronę empik.com i zafundujcie sobie przyjemność po najniższej możliwej cenie! [Źródła ilustracji: Piekarska.net, magamara.blox.pl, kawawliteraturze.csd03.pl]